|
Słupsk Listonosz nie ma lekko nawet w święto
Około 12 kilogramów waży torba Janusza Kulika, listonosza ze Słupska. Byłaby jeszcze cięższa, gdyby jej właściciel nie trzymał części przesyłek w aucie. Także dzisiaj, w Dniu Pocztowca, pojawi się na ulicach, które przemierza we wszystkie dni robocze. Pracuje już tak 12 lat. Lubi swój zawód.
Chociaż poczta e-mailowa z powodzeniem zastępuje zwykłą korespondencję, listonosze ciągle są potrzebni i wcale nie mają mniej pracy. Przeciwnie, przesyłek do osobistego doręczenia wręcz przybywa.
Z okazji Dnia Pocztowca, który w całej Polsce obchodzi się na pamiątkę ustanowienia 18 października 1558 roku przez krok Zygmunta Augusta pierwszego połączenia pocztowego między Krakowem a Wenecją, postanowiliśmy przyjrzeć się pracy słupskiego listonosza. Wybór padł na pana Janusza Kulika, który od kilku lat dostarcza listy i inne przesyłki do naszej redakcji. Jest prawie jak szwajcarski zegarek, bo codziennie o podobnej porze pojawia się na podwórzu naszej redakcji i z uśmiechem na ustach wyciąga ze swojej torby stosy przesyłek.
- Dzień pracy zaczynam o godzinie 7. Najpierw sortuję zwykłe listy, a potem biorę wszystkie listy polecone, przekazy i większe przesyłki. Tych ostatnich jest sporo zwłaszcza po weekendzie, bo zwykle wtedy sklepy internetowe i portale aukcyjne dostarczają wcześniej zamówione lub wylicytowane towary - opowiada pan Janusz, który listonoszem jest już 12 lat.
To wcale nie był jego wymarzony zawód. Najpierw pracował jako zootechnik, ale gdy padły pegeery, zaczął szukać innego zajęcia. - Przez sześć lat montowałem okna, ale potem dowiedziałem się o wolnym etacie na poczcie i tak jakoś wsiąkłem. Przyzwyczaiłem się i polubiłem to zajęcie, bo listonosz to zawód, w którym poznaje się nowych ludzi i czasem sprawia im się radość - opowiada pan Janusz.
Do tej pory pamięta sytuacje, kiedy przynosił adresatom długo oczekiwane listy. Widział także wzruszenie na ich twarzach albo smutek, gdy wieści nie były najlepsze.
- Nie zawsze jednak jest tak sympatycznie. Raczej trzeba się mieć na baczności, bo nigdy nie wiadomo, kto stanie za drzwiami, gdy zadzwoni listonosz. Mnie raz pogryzła pudlica, która podobno przez całe życie była spokojna. Innym razem wilczur zjadł całą gazetę, którą się broniłem - wspomina listonosz.
Praca listonosza lekka nie jest. - Moja torba zwykle waży około 12 kilogramów. Ważyłaby jeszcze więcej, gdybym części przesyłek nie zostawiał w bagażniku samochodu. Zabieram je dopiero wówczas, gdy docieram pod właściwy adres - opowiada pan Janusz. Codziennie przemierza 8 ulic w śródmieściu. Czasem kończy pracę już po godz. 13, ale w dni, kiedy musi dostarczać renty, emerytury i przekazy finansowe, zdarza się, że pracuje nawet do godz. 17.
- Do tej pory pamiętam, jak kilka lat temu w Wigilię roznosiłem do godziny 19 upomnienia, które do swoich klientów rozesłała Telekomunikacja Polska. To było podwójnie przykre, bo nie tylko przynosiłem złe nowiny, ale i z zazdrością patrzyłem, jak ludzie siadają do świątecznego stołu - opowiada Janusz Kulik.
Między bajki każe włożyć opowieści o tym, że listonosze zarabiają spore pieniądze, bo dostają końcówki od rent i emerytur. - Tak może było kiedyś. Teraz jednak rent i emerytur dostarczamy coraz mniej, bo banki wręcz przymuszają wszystkich do zakładania kont - tłumaczy.
Zbigniew Marecki zbigniew.marecki@mediaregionalne.pl
|